- Kiedy byłem małym chłopakiem, chodziłem na mecze siatkówki w Nysie.
Od kiedy pamiętam, zawsze imponował mi jako sportowiec Krzysztof Wójcik.
On był niesamowity zarówno w ataku, w przyjęciu, jak i w obronie - wspomina Piotr Gacek.
- Później przeszedł na libero i przez wiele lat był najlepszym zawodnikiem na tej pozycji w Polsce.
To on był tym, którego zawsze podziwiałem - kontynuuje Piotrek.
Dziś - jako wicemistrz świata - sam jest podziwiany przez młodych chłopców,
którzy chcą grać w siatkówkę tak jak on.
W kadrze zadebiutował w sezonie 2005/2006 i dokonał rzeczy niezwykłej – przełamał dotychczasowy monopol Krzysztofa Ignaczaka na pozycji libero.
Początki
„Gato” pochodzi z Nysy, gdzie siatkówka jest wiodącą dyscypliną sportu.
To właśnie w rodzinnym mieście stawiał pierwsze kroki na parkiecie.
- Będąc w szkole podstawowej, chodziłem jako wierny kibic na mecze ówczesnego ZKS Stal Nysa.
W Nysie praktycznie każdy młody chłopak chciał grać w siatkówkę i odbijać piłkę z tymi najlepszymi.
Chodziłem do szkoły o rozszerzonym profilu sportowym i razem z innymi uczęszczałem na SKS-y.
Tam uprawialiśmy praktycznie każdą dyscyplinę sportu, począwszy od piłki nożnej poprzez koszykówkę, piłkę ręczną. „Liznęliśmy” też trochę siatkówki.
W szkole podstawowej zaczęliśmy już odnosić sukcesy. Na arenie województwa i makroregionu uzyskiwaliśmy znaczące wyniki - wspomina Gacek, który wówczas trenował pod pilnym okiem trenera Arkadiusza Hoca. - Pan Arkadiusz Hoc był moim pierwszym trenerem, to on zaraził mnie siatkówką - mówi Piotr.
- Po szkole podstawowej zainteresował się mną trener z technikum mechanicznego, pan Henryk Bejczuk. W klubie SKS Mechanik Nysa prowadził mnie przez następne pięć lat. Były to rozgrywki międzywojewódzkie i byliśmy zgłoszeni do trzeciej ligi. Wówczas rozpoczęły się pierwsze poważniejsze mecze w moim życiu i w mojej karierze. Następnie trzeba było wybrać jakąś uczelnię wyższą. Najbliżej było Opole, zresztą tamtejszy AZS Opole miał ambicje awansować do drugiej ligi i bardzo mnie to zainspirowało. Chciałem podnosić swoje umiejętności w wyższej lidze, dlatego zdecydowałem się na studia właśnie tam. Nie żałuję tego, ponieważ poznałem wspaniałego człowieka, jakim jest trener Paweł Czerepok, dzięki któremu dalej gram w siatkówkę - wspomina Piotr.
Wcześniej Piotrek grał na przyjęciu z atakiem, jednak jego przygoda na tej pozycji skończyła się na poziomie drugiej ligi. Równocześnie jednak zaczęła się kariera Piotra Gacka jako libero, gdyż to właśnie trener Czerepok podjął decyzję o przesunięciu siatkarza na tę pozycję. - Na początku nie byłem z tego zadowolony, bo wiadomo - każdy chce zdobywać punkty. Jednak, gdyby nie pan Czerepok, nie wiem, co bym dzisiaj robił.
Liga
Podczas studiów, w latach 1998 - 2002, Gacek związany był z AZS Opole. - Z Opolem awansowaliśmy najpierw z trzeciej ligi do drugiej, potem do serii I B.
Wraz z zakończeniem studiów przyszła kolej na zmianę barw klubowych. - Gdy kończyłem uczelnię, moje umiejętności zauważono w Gorzowie Wielkopolskim i tam grałem przez następny sezon. To był mój debiut w ekstraklasie.
Niestety, nie był to debiut udany, ponieważ spadliśmy z ligi,
ale te pierwsze przetarcia na ligowym parkiecie miałem z najlepszymi w Polsce.
Po roku Gacek wrócił w rodzinne strony, by na sezon (2003/2004) związać się z NKS Nysa.
Tym razem siatkarz trenował pod okiem trenera Włodzimierza Madeja.
- Bardzo dobrze wspominam trenera Madeja.
Świetny fachowiec z dobrym warsztatem trenerskim.
W 2004 roku Piotr podpisał kontrakt z jednym z najlepszych i najstarszych klubów Polskiej Ligi Siatkówki – AZS-em Częstochowa. - To bardzo dobry klub posiadający wieloletnią tradycję. Sprawy organizacyjne są poukładane od początku do końca - po prostu duży profesjonalizm. Miałem okazję współpracować z trenerami Gościniakiem i Skorkiem.
To naprawdę wielka klasa trenerska i życzę
każdemu młodemu zawodnikowi, żeby „przewinął się przez ich palce”, bo można się wiele nauczyć oraz dowiedzieć, jak grać, by zostać zawodnikiem na wysokim poziomie – mówił wówczas.
W sezonie 2006/2007, kiedy reprezentacja Polski powróciła z siatkarskiego mundialu z medalem, Piotr nadal grał w częstochowskim klubie, choć wiele się zmieniło od czasu kiedy rozpoczynał swoją przygodę z tą drużyną. - Nowy trener Harry Brokking jest dobrym fachowcem, ma dobry warsztat szkoleniowy. Ufamy mu, ale ocenimy go dopiero po lidze. W drużynie porozumiewamy się po angielsku. Z Brookiem i Philem można już porozmawiać po polsku, robią jeszcze błędy, ale widać postępy – mówił Gacek o pochodzącym z Holandii nowym trenerze swojego klubu i dwóch zagranicznych zawodnikach, reprezentantach Stanów Zjednoczonych. Niestety, pomimo znacznych wzmocnień poczynionych w tamtym sezonie akademicy z Częstochowy skończyli rozgrywki zaledwie na czwartym miejscu. Trener Brokking odszedł z klubu, jego miejsce zajął natomiast młody, perspektywiczny trener z Polski – Radosław Panas.
Trzon drużyny nie uległ drastycznym zmianom - pozostali w niej między innymi wspominani wcześniej Amerykanie, ale co najważniejsze, barw AZS-u wciąż bronił jeden z najlepszych libero w Polsce – Piotr Gacek.
- Rok 2008 w rozgrywkach klubowych był dla mnie bardzo obfity w sukcesy – wspomina Gacek. – Mieliśmy bardzo dobrą drużynę, budowaną przez ostatnie trzy – cztery lata, co naprawdę jest dużym plusem dla klubu. Byliśmy wówczas naprawdę fajną ekipą, tworzyliśmy kolektyw nie tylko na boisku, ale również poza nim. Na sukces wystarczyło więc tylko poczekać – dodaje. – Nasza cierpliwość się opłaciła, zdobyliśmy Puchar Polski i wicemistrzostwo kraju.
Mistrzostwo Polski. Podopieczni trenera Panasa prezentowali wówczas naprawdę dobrą siatkówkę i bez większych problemów „przechodzili” każdego kolejnego rywala. W ostatecznym starciu na Skrę sił jednak zabrakło. – Po zdobyciu Pucharu Polski ten „balonik” wokół nas trochę się napompował. W pewnym momencie sami zaczęliśmy myśleć, że finał wygramy na luzie. Stało się jednak inaczej – opowiada Gacek. – Do każdego meczu trzeba podejść maksymalnie skoncentrowanym, musi być stres i adrenalina. My podeszliśmy do niego chyba zbyt mocno rozluźnieni, stąd nasza szybka porażka. Mimo to był to dla mnie jeden z najbardziej udanych sezonów ligowych w karierze – podkreśla.
Emocje po zwycięstwie nie zdążyły jeszcze opaść, a kibiców w Polsce zaskoczyła wiadomość o przejściu libero częstochowskich akademików do zespołu Mistrza Polski, Skry Bełchatów. – Po sezonie ligowym zdawałem sobie sprawę, że nasz zespół nie utrzyma się w takim składzie, w jakim grał do tej pory – wyjaśnia Piotr. – Te oferty, które przedstawił nam po zakończeniu rozgrywek AZS, nie miały szans konkurować z tymi, które dostaliśmy z innych klubów. Ci z nas, którzy zdecydowali się zmienić barwy, robili to jednak naprawdę z ciężkim sercem. Cztery lata spędzone w Częstochowie sprawiły, że bardzo przywiązałem się zarówno do tego miasta, jak i samego klubu. Dziś mogę jednak powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji. Gram w bardzo dobrym zespole, mam możliwość dalszego rozwoju sportowego – dodaje.
Choć od przejścia Gacka do Bełchatowa minęło zaledwie kilka miesięcy, libero polskiej reprezentacji szybko odnalazł się w nowym środowisku. – Klub jest pod każdym względem profesjonalny, wszystko jest tu zapięte na ostatni guzik, a naszym jedynym celem jest trenować i jak najlepiej prezentować się na meczach – opowiada. – Nic innego właściwie ma nas nie interesować.
Z orzełkiem na piersi
Jak grom z jasnego nieba spadło na Piotra powołanie do reprezentacji, które otrzymał w 2005 roku od trenera Lozano. - Byłem bardzo zaskoczony. Moim marzeniem było grać w reprezentacji i to marzenie się spełniło. Byłem zdziwiony, że trener Lozano i sztab szkoleniowy zauważyli właśnie mnie. Przez to powołanie nabrałem dużej pewności siebie. Trenowałem ostro przez cztery miesiące z kadrą. Mogłem podnieść swój poziom sportowy, za co jestem trenerowi Lozano wdzięczny i nie ukrywam, że jestem z tego faktu bardzo, bardzo zadowolony.
Piotr co prawda dołączył do zespołu, w którym niekwestionowanym liderem na pozycji libero wydawał się być Krzysztof Ignaczak, ale w spotkaniach Ligi Światowej przeciwko Argentynie w Bydgoszczy, przeciwko Grecji w Łodzi oraz w Belgradzie przeciwko Serbii i Czarnogórze wychodził w podstawowym składzie. Gacek zagrał także w sparingach z Czechami w Spale, w Memoriale Huberta Wagnera oraz w sparingach z Chinami.
- Myślę, że nie zawiodłem tych, którzy na mnie liczyli - mówi. - Mam nadzieję, że zaprezentowałem się z dobrej strony. Jeżeli parę meczów wyszło mi trochę słabiej, to przepraszam. Było to dla mnie naprawdę prawdziwe przetarcie i to z najlepszymi zawodnikami na świecie. Móc grać i widzieć po drugiej stronie siatki takie sławy jak zawodnicy reprezentacji Włoch czy Rosji, to naprawdę niesamowite przeżycie i życzę każdemu, kto o tym marzy, aby takie pragnienie się spełniło, podobnie jak w moim przypadku.
Praca z kadrą okazała się dla Piotra ciekawą lekcją. - Nie ukrywam, że dobrze mi się współpracuje z trenerem Lozano, który przekazał nam kilka nowinek trenerskich oraz szkoleniowych. Naprawdę widać u tego trenera bardzo dużą fachowość. Co reprezentacyjny libero sądzi o duecie szkoleniowym Lozano – Świderek? - To grono dobrych fachowców. Oni doskonale się rozumieją, w końcu obaj mówią po włosku. Myślę, że trener Świderek miał ogromy wkład w to, co działo się w kadrze i w to, co osiągnęliśmy. Uważam, że ten duet doprowadzi reprezentację do tego, by odniosła sukces na igrzyskach olimpijskich.
Trudny sprawdzian dla naszego libero nadszedł wraz z dniem otrzymania powołania na Mistrzostwa Europy. Po kilkunastu tygodniach od debiutu w kadrze zagrać jako podstawowy libero reprezentacji w najważniejszej imprezie roku, to nie lada wyzwanie. Przed wyjazdem Piotr wysoko postawił poprzeczkę. - Naszym celem przed ME był medal - wspomina. -Osiągnięcie tego byłoby spełnieniem marzeń nas wszystkich. Moim osobistym dążeniem było zaprezentowanie się z jak najlepszej strony. Miałem świadomość, że jest to pierwsza tak ważna impreza, na której występuję i wiedziałem, że dużo zależało tam ode mnie. Moim celem było nie zawieść.
Niestety, naszym zawodnikom nie udało się spełnić wyznaczonego przed wyjazdem zadania. Drogę do strefy medalowej „biało – czerwonym” zamknęły porażki z reprezentacjami Włoch i Rosji. I to właśnie mecz z Rosjanami był dla Piotra najtrudniejszą konfrontacją w turnieju.
- Po pierwszym wygranym secie prowadziliśmy w drugim bodajże 16-12 i nastąpiła ta niefortunna zmiana w polu zagrywki na Baranova. Zaserwował chyba 6 asów z rzędu. Rosjanie doszli nas, zrobiło się nerwowo, gra nie układała się po naszej myśli. Myślę, że ten moment najbardziej utkwił w pamięci chłopaków i mojej, no i przede wszystkim kibiców, którzy do dnia dzisiejszego przechodząc, potrafią mi szepnąć do ucha o Baranovie. Chociaż staram się wyrzucić to wspomnienie z pamięci - stwierdza stanowczo Piotr. - Podczas takiej imprezy można nabrać sporo doświadczenia. I na pewno im więcej człowiek będzie grał takich spotkań, tym pewniej będzie się czuł na boisku, aż dojdzie do takiego momentu, gdzie nie będzie różnicy czy na zagrywce stać będzie Baranov, czy inny zawodnik, który dysponuje piorunującym uderzeniem.
Piąte miejsce, które udało się naszym siatkarzom wywalczyć na mistrzostwach Starego Kontynentu, nie jest spełnieniem marzeń, choć jak przyznaje nasz libero:
- Ogólnie nie czuję zawodu. Łukasz Żygadło, który tak jak ja w ostatniej chwili pojechał na ten turniej, zagrał, moim zdaniem, wyśmienicie. Myślę, że wszyscy zaprezentowaliśmy się dobrze. Ja ewentualnie mogę mieć żal do siebie, że w pewnych momentach zjadła mnie trema i pojawiły się błędy, ale popełniał je każdy z nas.
- Sezon 2005 był naprawdę fajny, ponieważ zżyliśmy się z chłopakami, stworzyliśmy niezłą paczkę. Mieliśmy zgrany kolektyw i przez te cztery miesiące bardzo dobrze nam się ze sobą pracowało - przyznaje nasz reprezentant.
Po udanym występie na mistrzostwach Europy 2005 w kolejnym sezonie reprezentacyjnym Piotr w naturalny sposób znalazł się w szerokiej kadrze. A rok 2006 był rokiem mistrzostw świata i tej właśnie imprezie od początku podporządkowane były całe przygotowania kadry. - Szybko zrozumieliśmy, że praca, którą wykonujemy z trenerem Lozano może doprowadzić nas do sukcesu, bo była to inna praca niż ta, którą wykonywaliśmy do tej pory na treningach – mówił Gacek, który jak w poprzednim sezonie znowu musiał o miejsce na boisku rywalizować z Krzysztofem Ignaczakiem.
O ile jednak jego reprezentacyjne występy w roku poprzednim były w pewnym sensie efektem szczęśliwych zbiegów okoliczności, o tyle tym razem miejsce w samolocie do Japonii Piotr Gacek wywalczył sobie swoją dobrą postawą podczas całego sezonu. Według Raula Lozano nie było żadnych pozasportowych aspektów przy podejmowaniu decyzji, kto z dwójki Ignaczak – Gacek będzie reprezentował Polskę na mistrzostwach świata 2006. Na krótko przed wylotem do Japonii, Piotr jeszcze nie wierzył, że to właśnie on, a nie „Igła” znajdzie się w kadrze Raula Lozano na mistrzostwa. - Byłem bardzo mile zaskoczony. Po cichu marzyłem o tym i to, czego tak bardzo chciałem, ziściło się. Szczerze mówiąc byłem święcie przekonany, że mundial obejrzę przed telewizorem – mówił.
Kiedy wreszcie rozpoczął się azjatycki turniej, z radością dopisywaliśmy na konto „biało – czerwonych” kolejne zwycięskie sety. Pierwszą rundę podopieczni Lozano zakończyli z kompletem punktów. Prawdziwym sprawdzianem był dopiero pojedynek z Rosją. - Pierwsze dwa sety były niezwykle ciężkie. Rosjanie po prostu nas bili, ale pokazaliśmy charakter, podnieśliśmy się praktycznie z kolan. W piątym secie widziałem strach w oczach Rosjan, oni wiedzieli, że nie wygrają z nami. Myślę, że kluczowe znaczenie miały zmiany Grzesia Szymańskiego i Piotrka Gruszki, oni zagrali rewelacyjnie – wspominał Piotr Gacek tuż po przylocie do Polski. Po tym boju wszystkie kolejne wydawały się łatwiejsze, chociaż im bliżej było końca mistrzostw, tym nerwy były większe. Przed półfinałowym meczem z Bułgarią, nasz reprezentacyjny libero mówił: - To będzie najważniejszy mecz w mojej karierze, zrobię wszystko, by dołożyć się do zwycięstwa, wierzę, że wystąpimy w wielkim finale. „Biało – czerwoni” zagrali rewelacyjnie, otwierając sobie tym samym drogę do wielkiego finału, o którym tak marzyli.
Dobrze spisujący się przez cały turniej Piotr Gacek nie mógł jednak pomóc swoim kolegom w walce z wielką Brazylią. Wyeliminowała go kontuzja. Skręcony staw skokowy uniemożliwił Piotrowi udział w finale. Raul Lozano w końcówce pierwszego seta wpuścił na pozycję libero Michała Bąkiewicza. - Misiek zastąpił mnie bardzo dobrze. Jestem niezmiernie szczęśliwy z tego, że zdobyliśmy tytuł wicemistrzów świata. To fantastyczne przeżycie. W tej chwili chcę się cieszyć tylko z tego, nie chcę rozpamiętywać, że było mi dane zagrać tylko niewielką część finałowego pojedynku - mówił Gacek. Polacy nie sprostali doskonale spisującym się tego dnia Brazylijczykom, którzy we wcześniejszych meczach mistrzostw specjalnie nie zachwycali. Jednak w zgodnej opinii fachowców, żaden zespół na świecie nie byłby w stanie pokonać Brazylijczyków grających tak jak w meczu z Polakami.
Rok 2007 rozpoczął się dla „biało – czerwonych” bajkowo. Przez fazę grupową Ligi Światowej nasza kadra przeszła z kompletem zwycięstw. W kuluarach mówiło się wówczas, że podopieczni trenera Lozano są na takim „gazie”, że nawet Brazylia nie jest im straszna. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła inna, gdyż to poniekąd „Canarinhos” przyczynili się do przerwania tej fantastycznej passy Polaków.
- Faktycznie, rozpoczęliśmy ten sezon rewelacyjnie – przyznaje Gacek. – Ligę Światową rozegraliśmy optymalnym składem, podczas gdy inne zespoły oszczędzały niektórych zawodników, przygotowując się do innych imprez w tym sezonie. Problemy pojawiły się już w finale Ligi Światowej, potem przegrywaliśmy kolejne turnieje, a o mistrzostwach Europy w Moskwie lepiej w ogóle nie wspominać – dodaje. – Można powiedzieć tylko, że żaden z nas nie był wówczas w najlepszej dyspozycji.
– Niestety, na naszej pozycji jest tak, że zawsze jedzie jeden zawodnik. Dwa lata temu ja pojechałem na tę najważniejszą dla nas imprezę, w tym roku trener zabrał Krzyśka – wyjaśnia Gacek. – Czułem smutek, było mi żal tego, że nie pojechałem na Igrzyska, ale „Igła” wygrał ze mną sportową rywalizację. Pogodziłem się z tym i nigdy nie komentowałem decyzji trenera.
Faktycznie, Polacy nie błyszczeli formą ani w finale popularnej „Światówki”, ani później podczas turniejów sparingowych przed moskiewskimi mistrzostwami. Sprawiali wrażenie przemęczonych, pojawiły się kontuzje, ze składu wypadło kilku podstawowych zawodników. Ci, którzy zostali, obiecywali walkę i walczyli, nie tylko z rywalami, ale i własną bezsilnością. Jedenasta pozycja na Mistrzostwach Europy, najgorsza od lat, skutecznie przyćmiła doskonały początek sezonu podopiecznych trenera Lozano, pozostawiając po sobie pewien niesmak.
Rok 2008, mimo że tak dobry w klubowej karierze Piotra Gacka, nie przełożył się na sukcesy w kadrze. Powołanie przyszło. Piotrek, podobnie jak pozostali koledzy, wylewał siódme poty na treningach i zgrupowaniach, rozegrał kilka spotkań w fazie grupowej Ligi Światowej, ale na najważniejszą imprezę w tym sezonie nie pojechał. Raul Lozano zdecydował się postawić tym razem na Krzysztofa Ignaczaka.
W Pekinie Polacy nie ugrali zbyt wiele. Po dobrym występie w fazie grupowej Igrzysk, w ćwierćfinale ulegli reprezentacji Włoch i przedwcześnie wrócili do kraju. Kolejne IO za cztery lata w Londynie, a Gacek wciąż ma szansę na nich zagrać, spełniając jedno z największych marzeń swojego życia. – To dopiero za cztery lata! – oponuje. – Ja nie robię tak dalekosiężnych planów – dodaje z uśmiechem. – Jeśli jednak znajdę wówczas uznanie w oczach trenera reprezentacji Polski, to na pewno z zaszczytem przyjmę powołanie i będę w niej grał. Dla mnie bowiem możliwość reprezentowania kraju jest czymś niesamowicie ważnym.
Gacek bez żadnych wątpliwości stawił się więc na wrześniowe mecze barażowe z Belgią, mimo iż niespodziewane powołanie zaburzyło jego cykl treningowy w nowym klubie. – Kiedy trenowałem jako mały chłopiec, zawsze marzyłem o tym, żeby grać w reprezentacji, wówczas było to dla mnie niewyobrażalne. Dlaczego więc teraz miałbym rezygnować ze swoich marzeń? – pyta. – Niezależnie od sytuacji, jaka jest w reprezentacji, zawsze warto stanąć na środku boiska i wysłuchać hymnu narodowego. Zwłaszcza przy takiej publiczności, jaką mamy w Polsce.
Raul Lozano
Pisząc o reprezentacyjnej przygodzie Piotra, nie sposób nie wspomnieć o argentyńskim szkoleniowcu, z którym „biało – czerwoni” współpracowali przez ostatnie cztery lata. To właśnie on „odkrył” talent Gacka powołując go w 2005 roku do kadry.
- Raul to trener, który naprawdę dużo zmienił w naszej reprezentacji – wspomina byłego szkoleniowca „Gato”. – Nie będę się wypowiadał za kolegów, o sobie mogę powiedzieć jednak, że bardzo zmieniłem się pod jego wpływem. Głównie pod względem mentalnym. Jest jednym z twórców największego sukcesu w karierze mojej i całego naszego zespołu. Niemniej jednak ma swoje wady, jak zresztą każdy z nas – przyznaje Piotr. – Nie zawsze do końca zgadzałem się z jego decyzjami, ale to on jest trenerem, a ja zawodnikiem, więc bez sprzeciwu wykonywałem wszystkie polecenia. Mimo to mogę się o nim wypowiadać tylko w dobrych słowach – dodaje z uśmiechem.
O konkurencji...
Konkurent numer jeden - Krzysztof Ignaczak. - Z Krzyśkiem jesteśmy przyjaciółmi - przyznaje Piotr. - Mieszkamy obaj w Częstochowie, klatka w klatkę. Często się spotykamy i widzimy się praktycznie codziennie. Tak więc poza boiskiem jesteśmy przyjaciółmi, ale na parkiecie jest między nami rywalizacja, lecz tylko sportowa. Krzysiek bardzo mi pomógł podczas zgrupowań kadry. Widział pewne braki u mnie. Podpowiadał, jak mam wykonywać ten czy tamten element, żeby było dobrze. Po prostu pomógł mi swoim doświadczeniem, za co mu dziękuję.
W chwili obecnej mamy kilku kandydatów zgłaszających swoje aspiracje do gry w reprezentacji. Jak „Gato” zapatruje się na tę sytuację? - No cóż, to jest sport i tu wygrywa lepszy. Konkurencja mobilizuje do cięższego treningu, do ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że sprostam tym zadaniom i że będę mógł reprezentować barwy narodowe.
Nie można zapominać też o Michale Bąkiewiczu, którego wielu fachowców widzi w przyszłości na pozycji libero. A to, że byłby dla wszystkich groźnym konkurentem, pokazał w finałowym meczu mistrzostw świata w Japonii, kiedy musiał zastąpić na boisku Piotra Gacka.
Częstochowa
Pomimo tego, że przed rozpoczęciem aktualnego sezonu PlusLigi Piotr Gacek zdecydował się zmienić barwy klubowe, nie rozstał się na stałe z Częstochową. – Wciąż mieszkam w Częstochowie – mówi. – Nie ukrywam, że podoba mi się tu i chciałbym na stałe związać się z tym miastem. Nie wiem jednak, co los mi przyniesie. Może się przecież tak zdarzyć, że ze względu na pracę będę musiał się kiedyś wyprowadzić, ale na razie wciąż tu mieszkam i jest mi tu bardzo dobrze.
Podobnego zdania jest nie tylko Gacek. Święte Miasto, jak mówi się na Częstochowę, jest niezwykłym miejscem na ziemi, bo wielu siatkarzy, mimo iż na co dzień gra w innych klubach, to właśnie tam zdecydowało się zamieszkać na stałe. – Gdyby zebrać wszystkich zawodników, którzy się tu zdecydowali osiedlić, można by zbudować całkiem silny skład – przyznaje ze śmiechem „Gato”. – Ja naprawdę sporo zawdzięczam temu miastu, dużo się tu nauczyłem - i na boisku i w życiu.
Prywatnie
W życiu prywatnym Piotra rok 2008 również obfitował w spore zmiany. – W Częstochowie poznałem Karolinę. 27 września świętowaliśmy wspólnie z rodziną i przyjaciółmi nasz najważniejszy dzień w życiu - nasz ślub – mówi. – Moja żona to naprawdę wspaniała osoba. Bardzo wspiera mnie w tym, co robię, to dzięki niej mój ostatni sezon był tak dobry. Co tu dużo mówić, dzięki niej po prostu jestem szczęśliwym facetem – dodaje z uśmiechem.
Na „normalne” hobby brakuje więc często czasu, gdyż Piotr, jak sam przyznaje, każdą wolną chwilę stara się spędzać z ukochaną osobą. - Zachowujemy się trochę jak „papużki nierozłączki”, może dla niektórych to dziwne, ale dla nas jeden bez drugiego, to jak życie bez tlenu. Nie mam więc czasu ani szczerze mówiąc chęci na inne hobby – dodaje ze śmiechem.
Jest jednak coś, co poza ukochaną wzbudza szybsze bicie serca Piotra Gacka. Trzecią, tuż po żonie i siatkówce, miłością libero bełchatowskiej Skry są rajdy samochodowe. – Uwielbiam je – przyznaje z ożywieniem „Gato”. – Gdybym tylko mógł, jeździłbym na każde zawody. Niebawem na Mazurach rozegrane zostaną eliminacje do mistrzostw świata. Bardzo chciałbym tam pojechać i jeśli tylko nie będę miał zobowiązań związanych z klubem czy reprezentacją na pewno się tam zjawię.
- Kiedyś miałem przyjemność bycia pilotem mojego serdecznego kolegi, który zawodowo bierze udział w tego typu zawodach, Pawła Dytko – wspomina Gacek zapytany o swoje „rajdowe” doświadczenia. – Również podczas jednego z Rajdów Barbórki w Warszawie jechałem jako pilot na odcinku specjalnym Karowa. Było to dla mnie ogromne przeżycie.
Co „Gato” robiłby dziś, gdyby w jego życiu nie było siatkówki? - Przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym robić coś innego. Oddaję całe serce temu, co robię nie dlatego, że muszę to robić, tylko dlatego, że to kocham.
Źródło tekstu http://www.reprezentacja.net/